Słowa zamieniają się w czyny dwa dni później. Niedzielny wiec przyciąga osiemdziesiąt tysięcy ludzi. Zgromadzeni protestują przeciwko ustawom ograniczającym ich swobody obywatelskie. Ze sceny pada hasło: „możliwe, że dzisiaj mamy ostatnią szansę, aby się obronić”. W stronę dzielnicy rządowej rusza kolumna ludzi, która napotyka na swej drodze ustawioną od wielu dni milicyjną barykadę. Dochodzi do zamieszek. Zmęczeni mężczyźni w mundurach łapią za kije baseballowe i sztachety. W ruch idą kamienie. Milicja odpiera atak chowając się za tarczami i rzucając w protestujących granaty hukowe. Zaczynają płonąć pojazdy.
Nad ulicą Hruszewskiego unoszą się tumany dymu.
Kiedy zaczynam dusić się od gazu łzawiącego, cofam się kilkadziesiąt metrów w kierunku placu Europejskiego. Swoją uwagę skupiam na wspierających się ludziach. Obserwuję mijane twarze. W to samo miejsce wracam wczesnym rankiem, w dniu kiedy wielu Ukraińców uznało, że nie ma sensu prowadzić już pokojowego protestu...
